Jak powstawał film o komandosach 4101 Dziwnów

Jak powstawał film o komandosach 4101 Dziwnów

Film przedstawiający kulisy kręcenia zdjęć do filmu 4101 Dziwnów. Materiał powstał na poligonie w Jaworzu, gdzie tajna jednostka ćwiczyła 40 lat temu.

4101.Pierwsi polscy specjalsi byli w Dziwnowie
Sprzęt dostarczał im nawet Vietcong, wschodnich sztuk walki uczyli oficerowie z Korei Północnej. W czasie Praskiej Wiosny nie oddali jednak ani jednego strzału a jednostkę zlikwidowano bo… władze PRL bały się, że nikt sobie z nimi nie poradzi.

To historia najtajniejszej jednostki specjalnej w czasach PRL-u.
1 Batalion Szturmowy w Dziwnowie powstał na długo przedtem, zanim ktokolwiek usłyszał o komandosach GROM, z Lublińca czy Formozy.
Specjalsi z Dziwnowa musieli mieć umiejętności każdej z wymienionych jednostek: przeprowadzać szybkie akcje desantowe, dywersja, rozpoznanie, walka wręcz, minowanie i wysadzanie nieprzyjacielskich portów na kierunku Jutlandia.

Z luku torpedowego na Jutlandię
Z poradzieckich okrętów podwodnych kod 641, czyli typu Foxtrot, (w kodzie NATO) które w latach 60, stanowiły wyposażenie polskiej marynarki wojennej, specjalsi w kombinezonach płetwonurków wychodzą w czasie zanurzenia przez luki torpedowe. Komandos kładzie się w miejscu, w które trafia przed wystrzeleniem torpeda a marynarz zamyka za nimi właz. Wtedy otwiera się wyrzutnia a luk torpedowy zalewa woda. Jeśli coś jest nie tak z kombinezonem, nurek ma małe szanse na przeżycie, bo nie może się nawet ruszyć. Wypompowanie wody z luku torpedowego potrwa kilka minut.
Pod wodą trzeba dopłynąć teraz do brzegu, zrzucić i ukryć kombinezon i w las, na miejsce zbiórki. To ćwiczenia, lądowanie odbyło się pod Kołobrzegiem, innym razem w Darłowie. Ale komandosi z Dziwnowa do dziś uśmiechają się, zapytani, czy wiedzą, jak i gdzie zdetonować ładunek wybuchowy w porcie w Kopenhadze, by go unieruchomić.
– Dla radzieckich wojsk, które stały w NRD, celem były Niemcy Zachodnie. Kierunek jutlandzki był „nasz”. Moja kompania specjalna płetwonurków była przygotowana do opanowania wszystkich przesmyków w tym rejonie. – mówi emerytowany starszy chorąży sztabowy Zbigniew Jeszka, jeden ze specjalsów.
– Taka grupa mogła nieźle narozrabiać. Mogli opanować dowolny port i utrzymać go aż do przybycia głównych wojsk.
Do dziś, tak jak wielu jego kolegów z jednostki, mieszka w Dziwnowie. Nie potrafi spokojnie usiedzieć na emeryturze. Prowadzi szkołę nurkowania dla młodzieży i dzieci, pomaga szkolić współczesnych specjalsów.

Zanim powstał batalion w Dziwnowie, 26 Batalion Rozpoznawczy numer 4101 utworzono w Krakowie w 1961 r. Trzy lata później batalion został przeniesiony do Dziwnowa, gdzie rozkazem Ministra Obrony Narodowej z 8 maja 1964 r. zmienił nazwę na 1 Batalion Szturmowy. Jednostka liczyła wtedy: 24 oficerów, 38 podoficerów i 360 żołnierzy. Batalion zajął w Dziwnowie budynki po byłych koszarach SS nad rzeką Dziwną.
Podlegał bezpośrednio Ministrowi Obrony Narodowej. W wypadku wojny, która w tym czasie była bardzo realna, mieli uderzyć na kapitalistyczną Jutlandię i tam czekać na przybycie wojsk zmechanizowanych.
Numer jednostki 4101 komandosi sami rozszyfrowali następująco: 4 kilo cukru, 10 litrów wody, kilo drożdży. Bo w tamtych czasach w polskich koszarach sporo się piło. A kto nie pił – wiadomo – kapował.

Tylko szczur jest niejadalny
Żeby przetrwać na wrogim terenie, zrzuceni „gdzieś w Polsce” komandosi PRL musieli przejść twarde szkolenie, zawierające m.in. tzw. bytowanie, czyli umiejętność przetrwania.
– Zjeść można prawie wszystko, tylko kreta i ogona szczura nie wolno, bo podobno zawierają strychninę – wspomina szkolenie z bytowania Jeszka.
– Dżdżownice po wyciśnięciu są całkiem niezłe, żabki też. Przysmażone na blasze są dobre jak skwareczki. Zawsze staraliśmy się jednak złapać rybę albo kurę czy gąskę od gospodarza.

Swoje szkolenie w piśmie „Żołnierz Polski” (11/2011) wspominał instruktor płetwonurków i spadochroniarzy z 1bsz st. sierż. Jewrzy Pawlak (na koncie 476 skoków, w czasie bytowania zastrzelił, upiekł i zjadł wiewiórkę). Opowiadał w gazecie: „Naszą sześcioosobową grupę zrzucono na trasie Oświęcim – Tychy – Gieraltowice. Mieliśmy wysadzić szklarnię. Po wykonaniu zadania każdy na własną rękę w ciągu 24 godzin miał dotrzeć do Dziwnowa. Była zima, do Gorzowa Wielkopolskiego dojechałem na stopniach pociągu towarowego. W Gorzowie ukradłem karetkę pogotowia i na sygnale dojechałem do jednostki w Dziwnowie. Spóźniłem się siedem minut i dostałem siedem dni paki…
Łupem komandosów padały też często rowery. Podobno sporo można by ich dzisiaj znaleźć pod mostem w Dziwnowie.
Czasem zdarzały się pomyłki, na przykład naszych komandosów zamiast „gdzieć w Polsce” zrzucono na terenie NRD. W „Żołnierzu Polskim” wspomina to Janusz Tomczak:
– Nasze dowództwo szybko zorientowało się, co się stało, i zawiadomiło Niemców. Siedzieliśmy w krzakach, a wokół jeździły samochody z niemieckimi oznaczeniami. Przez megafony po polsku i niemiecku informowały, że ćwiczenia się skończyły, bo przez przypadek przekroczyliśmy granicę państwa. Śmialiśmy się, że WOP-iści wymyślili sposób, żeby wyciągnąć nas z lasu. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybyśmy wpadli na patrol Niemców. Ostrzelalibyśmy ich ze „ślepaków”, a oni mieli ostrą amunicję.
Polski ambasador w Berlinie odebrał w tej sprawie notę dyplomatyczną.

Murzyn z Dziwnowa
Ćwiczenia w amerykańskich mundurach, na burcie gazika wymalowana biała gwiazda i numer boczny. Jeden z żołnierzy wymalowaną ma nawet na czarno twarz – tak udaje czarnoskórego żołnierza US Army. Żeby działać niepostrzeżenie na tyłach wroga, polscy specjalsi z JW 4101 musieli dysponować takim samym sprzętem, jak ich przeciwnik. I taki sprzęt był. Przerzucany do Dziwnowa od różnych komunistycznych i socjalistycznych sojuszników. Dostarczał go na przykład Vietcong. Tak specjalsi dostali amerykański transporter gąsienicowy M113, który stacjonował na poligonie w Jaworzu. Pojazd był sprawny i nieraz komandosi jeździli nim po piwo do najbliższej miejscowości. Oprócz mundurów, broni i pojazdów mieli nawet garoty służące do duszenia albo podrzynania gardła, w opakowaniach z napisem „Made in France”. Była brytyjska radiostacja. A szkolenie ze sztuk walki prowadzili dla nich we Wrocławiu…. oficerowie z komunistycznej Korei Północnej.

– W dupę nieźle wtedy dostaliśmy. Ale za to potem, na poligonie w Jaworzu zrobiliśmy taki pokaz walki wręcz dla generała Jaruzelskiego i przedstawicieli Komisji Obrony Narodowej! Jak zobaczyli sprawność żołnierzy, to potem usłyszałem, jak mówili: „A po co my będziemy ich szkolić? Kto sobie z nimi poradzi? Przecież nie ZOMO ani milicja” – opowiada Zygmunt Jeszka.

Misje bratnie i dewizowe

Mieli działać w Jutlandii, ale tam nigdy nie trafili. Za to byli częścią socjalistycznej armii, która wkroczyła do Czechosłowacji w czasie „Praskiej Wiosny”.
1 Batalion Szturmowy z Dziwnowa dostał zadanie opanowanie strażnicy w Jakuszycach oraz zajęcie lotniska Hradec Kralove, gdzie miała zostać ześrodkowana polska 2 Armia. Akcji nadano kryptonim „Pochmurne lato”.
Zajęli je bez jednego wystrzału. Jeden tylko czeski oficer nie chciał oddać broni, ale dał się w końcu przekonać przełożonemu. Później komandosi dostali cynk, że podobno gdzieś po wsiach w okolicy Czesi ukryli po stodołach i magazynach swoje samoloty bojowe. No to komandosi zrobili akcję we wsi. Znaleźli jeden samolot: Mig-15 na placu… jako pomnik.
Nie na „bratnią interwencję”, ale misję ONZ specjalsi pojechali do Egiptu. Chętnych nie brakowało, bo płacono w dolarach. Podobno niektórzy oficerowie zgadzali się na etaty podoficerów. Bo i etat w dolarach, i wódką czy papierosami można było pohandlować. A do tego ekstra pieniądze też w dolarach były.
– Dwa i pół dolara za godzinę pracy tzw. „strachowego” na polu minowym – wspomina nieżyjący już oficer 1BSz. Tadeusz Nowak. A w tamtych czasach za kilka tysięcy złotych można było kupić duże mieszkanie.
– Kalkulowało się – dodaje Nowak.
– Setka wyborowej kosztowała dziewięć piastrów czyli równowartość trzech paczek zapałek. A lekarze przed wyjazdem mówili, że alkohol to najlepszy sposób na amebę.
Opowiada też, że na misji w Egipcie trochę przydało się szkolenie z bytowania.
– Można było się przyzwyczaić do wszystkiego. Nawet do skorpionów. Pełno ich, jak u nas żab. Gdzieś tam człowiek niepotrzebnie łapę wsadził, to skorpion przyciął i szło się po surowicę i po krzyku – mówił Nowak.

4101 na Festynie
1 Batalion Szturmowy w 1986 r. najpierw wyprowadzono z Dziwnowa do Lublińca, po czym zlikwidowano. W 1993 r. utworzono tam 1 Pułk Specjalny Komandosów o tym samym numerze 4101. Dziś komandosi z Dziwnowa i ich młodsi koledzy z JWK z Lublińca, ale także specjalsi z GROM, Formozy czy Agatu spotykają się co roku w przedostatni weekend lata podczas „Festynu Komandosa”, który organizuje dla nich Stowarzyszenie Na Rzecz Kultury i Edukacji w Dziwnowie (stworzone zresztą przez komandosów). Stoiska wojsk specjalnych, pokazy, rekonstrukcje oglądają wtedy tysiące turystów, którzy w tym czasie odpoczywają nad Bałtykiem. Stałym elementem Festynu jest nabożeństwo i procesja, która przy dźwięku kobzy zmierza na dziwnowski cmentarz. Co roku przybywa na nim kolejny grób specjalsa. Zmarł m.ni. Tadeusz Nowak, który jeszcze dwa lata wcześniej na Festynie Komandosa gościł syna, ps. „Offi” – oficera…. Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca.
– Mieliśmy różne priorytety, różna była sytuacja polityczna, więc różne też kierunku działań – mówił wtedy „Offi”, sam uczestniczył w misjach, m.in. w Afganistanie. – Ale wyszkolenie w zasadzie dostaliśmy podobne. No i oczywiście my, w Lublińcu, sprzęt mamy znacznie lepszy.
Historię 1 Batalionu Szturmowego próbuje zachować w formie filmowej zespół comcam.pl. Od wielu miesięcy powstaje dokument, którego główną częścią są wspomnienia byłych komandosów, archiwalne zdjęcia i rekonstrukcje szkoleń w jednostce. Produkcja filmu powinna zakończyć się jeszcze w 2015 roku.
Marcin Górka MGPR

Podobne

3 Comments

  1. Anonim

    ejcwirko(at)gmail,com Służyłem w tym Batalionie w latch 1969 – 1971, na Pierwszej Komanii pod dowództwem por,St,Połonc***.

    Reply

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.